Cykliczność – czy atak migreny może nieść coś pozytywnego?

Wiosna i początek nowego roku astrologicznego, ale także w wielu kulturach po prostu nowego roku, sprzyjają rozważaniom nad cyklicznością. Nie napiszę tu pewnie niczego nowego, ale po raz kolejny sama sobie przypomniałam, jak ważny jest to temat, dlatego wierzę, że warto o nim przypominać. Nawet częściej niż co roku.

Na początku marca jechałam służbowo do Warszawy, a w dniu wyjazdu od rana czułam się wyjątkowo paskudnie. Szczęśliwie pociąg miałam po południu, więc w ciągu dnia udało mi się na chwilę położyć, zadbać o to, żeby wypić kilka szklanek wody i  popracować energetycznie. Wydawało się, że jest w porządku do momentu, kiedy wsiadłam do tramwaju i zauważyłam, że mam problem z percepcją ludzkich twarzy za oknem. Niby je widziałam, ale trudno mi było zrozumieć, gdzie jest nos, gdzie usta, a gdzie w ogóle ta twarz się kończy i zaczyna szyja. Wtedy w mojej głowie pojawiła się myśl, że to aura – przedmigrenowy stan, który w niezbyt przyjemny sposób zwiastuje nadchodzący ból głowy. Wątpliwości zostały rozwiane, gdy tylko moja noga stanęła na dworcu, bo objawy zaczęły być dużo bardziej typowe dla mnie. Obraz zaczął się ruszać i mienić wszystkimi kolorami tęczy. Znalazłam pustą ławkę na samym końcu peronu, z którego miałam odjeżdżać i toczyłam walkę z myślami: jechać czy nie jechać, brać leki, które dostałam od neurolożki, ale jeszcze nie miałam okazji sprawdzić, jak na mnie działają, czy nie brać i wreszcie: „Czemu mi się to znowu dzieje?!”.

Pytanie pojawiło się, ponieważ dokładnie rok temu miałam serię migren, które na tydzień wyjęły mnie z życia, ale jednocześnie zachęciły do zrobienia pogłębionej diagnostyki, którą odkładałam albo której nawet nie rozważałam. Dzięki temu wyrobiłam okulary, których nawet nie wiedziałam, że potrzebuję, sprawdziłam, czy moja jedyna ósemka czasem nie planuje akcji sabotażu siódemki, pod którą rezyduje i wreszcie – chociaż to już kilka miesięcy później – dostałam diagnozę ADHD (tego też się nie spodziewałam, ale to opowieść na inną okazję). Przyjrzałam się oczywiście również napięciom na polu energetycznym, byłam na rehabilitacji, więcej ćwiczyłam – słowem: wzorowa pacjentka. Więc czemu nagle siedziałam na ławce na dworcu, oceniając, czy napis „Wrocław Główny” widzę coraz lepiej, czy coraz gorzej i zastanawiając się, czy w ogóle będę w stanie dojść do drzwi pociągu i znaleźć swoje miejsce, a potem, czy przetrwam niecałe cztery godziny podróży z niewątpliwie rozdzierającym bólem głowy, mdłościami i dreszczami.

20260328 100235

Chociaż ogólne zmęczenie i stres sprawiły, że chciało mi się płakać, to zauważyłam też, że wewnętrznie jestem dość spokojna. Moją naturalną reakcją w takich sytuacjach jest ucieczka: do bezpiecznego, do znanego i, co najważniejsze, do miejsca bez ludzi. Tutaj jednak czułam wewnątrz jakiś spokój, chociaż znajdowałam się w przestrzeni będącej dokładnym przeciwieństwem tego, czego bym naturalnie szukała. Zdecydowałam się wziąć lek, a ponieważ moja koziorożcowa natura przywiodła mnie na dworzec z dużym wyprzedzeniem, do momentu aż pociąg wjechał na peron, aura zaczęła mijać, a ja odzyskałam pełen zakres widzenia. Podróż nie była najprzyjemniejsza, ale zdecydowanie mogło być też gorzej. Rok wcześniej byłoby to niemożliwe do przejścia. Przez kolejne dni czułam wiszący w powietrzu nawrót, ale ostatecznie nie nastąpił, natomiast ja zostałam z kilkoma przemyśleniami.

Przede wszystkim dotarło do mnie, jak ogromną drogę przeszłam od zeszłego roku, kiedy pierwszy atak wywołał u mnie absolutne przerażenie, że tracę wzrok. Wiedziałam też, że muszę rozmasować szyję i okolice obojczyków oraz skronie i szczękę, bo to te obszary napinają się u mnie najmocniej. Unieruchomiona w pociągowym fotelu i niezdolna do czytania bądź oglądania czegokolwiek przyglądałam się emocjom i myślom. Zauważyłam, że mam w sobie więcej przestrzeni i odporności na takie sytuacje, które chociaż nieprzyjemne teraz nie dyktują mi kierunku działania.

W ludzkiej naturze leży patrzenie daleko do przodu albo grzebanie się w przeszłości, a szczególnie trudno jest nam być w tu i teraz. Wtedy z pomocą przychodzi cykliczność sprawiająca, że trafiamy w miejsce, które jest przeszłością, teraźniejszością i przyszłością w tym samym momencie. Byłam tu rok temu i pamiętam, jak zareagowałam, jak się czułam, co to spowodowało. Jestem tu teraz – widzę, co się zmieniło, a czego na co dzień nie doceniam bądź jest mi to trudniej zaobserwować. Wrócę tu w przyszłości, więc już teraz mogę się zastanowić, czy jest coś, co mogę zrobić, żeby przyszła ja mi za to podziękowała? Kiedy znowu pojawi się to pytanie „Czemu to wraca?!”, warto sobie przypomnieć ilustrację okręgu i spirali. Nie pamiętam, gdzie ją widziałam po raz pierwszy (w żadnym wypadku nie jest to moja autorska koncepcja), ale uważam ją za niezwykle ważną i dobrze ilustrującą sedno sprawy. Chociaż może nam się wydawać, że wracamy dokładnie w to samo miejsce (rzut z góry przedstawiający okrąg), to w istocie poruszamy się po spirali i nawet jeżeli okoliczności są podobne, to nasze podejście, nasza perspektywa i nasze zasoby cały czas ewoluują (widok z boku). Ta ewolucja pewnie nie zawsze ma tak regularny charakter, ale nie zmienia to faktu, że w powtarzalności leży ogromny potencjał, a nieprzyjemne sytuacje mogą prowadzić do pozytywnych obserwacji i ostatecznie nas wzmacniać i motywować.

Przewijanie do góry