Jakiś czas temu w mediach społecznościowych widziałam serię filmików z podobnym przesłaniem: w pierwszej scenie oglądaliśmy kolorowe dzienniki do journalingu, pachnące świece i hashtag „in my healing era”, druga natomiast zawierała krótki podpis „a jak ta praca wygląda naprawdę” zilustrowany zapłakanymi twarzami i postaciami zwiniętymi w kulkę na podłodze. Czy faktycznie tak jest, że rozwój i praca z cieniem muszą być zawsze czymś trudnym?
Osobiście nie widzę niczego złego w romantyzowaniu całego procesu, tak długo, jak nie przeradza się on w zjawisko spiritual bypassing (czyli wykorzystywania słownictwa i idei związanych z rozwojem duchowym, żeby de facto unikać swoich problemów). Innymi słowy: tak długo, jak wykonasz pracę, która jest do zrobienia zamiast tylko opowiadać wszystkim dookoła, że tę pracę wykonujesz, to wszystko w porządku. Jeśli ten kolorowy dziennik czy pachnąca świeca naprawdę wesprą Cię w całym procesie, to nieskorzystanie z nich byłoby wręcz głupotą. Praca duchowa czy rozwojowa nie ma polegać na retraumatyzacji. Każda praktyka, która pomoże nam zmiękczyć cały proces będzie dobrym pomysłem.
Domyślasz się jednak pewnie, że nazwa „praca z cieniem” nie wzięła się znikąd. Ogromna część rozwoju duchowego i pracy z energią polega na przyjrzeniu się temu, czego nie chcemy oglądać na co dzień – stąd też nazwa „cień”. To te części nas, które najczęściej pozostają poza zasięgiem naszego wzroku i naszej świadomości. Są tam z różnych powodów. Czasem całkiem świadomie odwracamy od nich wzrok – widzimy je kątem oka, ale udajemy, że wcale ich tam nie ma. Czasem nie jesteśmy jeszcze gotowi zmierzyć się z nimi i musimy poczekać na odpowiedni moment. Czasem cień jest tak sprytnie umiejscowiony, że po prostu sami nie umiemy go dostrzec i potrzebujemy, żeby druga osoba nam go pokazała (w końcu nie mamy oczu z tyłu głowy!). Bardzo często w cieniu znajdują się także schematy i przekonania, które na jakimś etapie naszego życia nam służyły, chroniąc nas i załączając pewne procesy niezbędne dla naszego przetrwania, ale co zasady będące reakcją na traumę. Możesz sobie tu wyobrazić niezwykle skomplikowany komputer, który ma zawsze uruchomioną setkę procesów w tle, działających tylko po to, żeby podtrzymać niewydajny system operacyjny. Kiedy pojawia się aktualizacja tego systemu okazuje się, że większość starych procesów można zamknąć, a stare pliki usunąć, dzięki czemu komputer nagle działa szybciej, nic się nie zacina, a do tego wszystkie funkcje są jeszcze bardziej intuicyjne niż wcześniej.

Założenie, że przyglądanie się elementom cienia będzie miało tylko zapach róż i fiołków jest nie tylko błędne, ale może być nawet krzywdzące czy niebezpieczne. To trochę jak skok do basenu wypełnionego lodowatą wodą, będąc przekonaną, że czeka na nas cieplutkie jacuzzi. Nasza podświadomość i energia w większości przypadków nie pozwalają nam dotykać rzeczy, na które nie jesteśmy gotowi, więc nie okaże się, że basen jest pusty i nie złamiemy sobie ręki, ale doświadczenie może być tak nieprzyjemne, że po prostu nigdy więcej nie spróbujemy pływać w tym basenie. Odpowiedzią jest tu po prostu wejście po drabince, stopniowe przyzwyczajenie się do temperatury wody, zadbanie o dobry czepek i strój oraz wygrzanie się w saunie po wszystkim.
Podsumowując – tak, warto zadbać o siebie, swoje otoczenie, o to, żeby czuć się bezpiecznie i mieć swoje sposoby na regulację, ale musimy mieć też świadomość, że z jakiegoś powodu nasza świadomość spycha elementy, z którymi chcemy pracować, do cienia. Dla mnie na tym właśnie polega doświadczenie ziemskiego życia, które w całości służy rozwojowi naszej duszy. Mało kto kroczy ścieżką rozwojową, ponieważ rano wstał i tak sobie postanowił. Dla większości z nas główną motywacją będzie jakiś dyskomfort w życiu, którego chcemy się pozbyć lub przynajmniej zminimalizować. Nie należy tego jednak postrzegać jako jakiejś udręki i tego, że „no zawsze, kurwa, coś”, a raczej jako długotrwały proces i okazję do zmiany. Czy sam proces może być męczący? Oczywiście, ale z mojego doświadczenia właśnie zrobienie tego kroku w tył, szersza perspektywa i zaakceptowanie tego, że jesteśmy tutaj dokładnie po to, żeby się zmieniać i przerabiać nasze „ziemskie lekcje”, sprawia, że „mój sezon na uzdrawianie”, to nie krótka moda, która dodatkowo może nas zdemotywować i przybić, kiedy okaże się, że jakimś cudem wszystkie nasze problemy nie zniknęły po jednej serii journalingu, ale raczej pewna filozofia życia (czy po prostu podejście do życia, mindset), która mówi, że wszystko ma swoje tempo, swoje fazy i jakiś większy sens.