Po długiej zimie, która, jak na Polskę przystało, cechowała się absolutnym brakiem słońca oraz wszechobecną szarzyzną, za oknem pojawiły się pierwsze oznaki wiosny. I powiedzmy sobie szczerze – wjechały na pełnej: od przebiśniegów po 17 stopni i pełną żarówę. Zachwyt zmianą słychać w rozmowach prywatnych i widać też w internecie. Wszyscy przypominamy sobie, że chęć do życia może być jednak większa, a stan z ostatnich tygodni (miesięcy?), to nie stan domyślny.
W tym duchu wyszłam dzisiaj na spacer – skorzystać ze światła, powietrza i poobserwować zmiany w przyrodzie. Po kilku minutach zaczęła mnie jednak boleć głowa i zrobiło mi się niedobrze. Poczułam się nieswojo na tyle, że rozważałam powrót do domu. Ale jak to tak? Przy takiej pogodzie? Nie skorzystać? Nie docenić? Po 123 latach wieków ciemnych? Ostatecznie uczucie zmniejszyło się, ale dalej z uwagą obserwowałam swoje ciało zmagające się ze skokami temperatur, nagłą zmianą ilości światła, śmiechami dzieci na placu zabaw, głośną muzyką płynącą z pootwieranych okien, ilością zapachów, inną wilgotnością powietrza i wreszcie liczbą ludzi na ulicach.
Moją pierwszą reakcją było poczucie winy. Jak można nie cieszyć się ze słońca? Z nadchodzącej wiosny? Z kilku kilogramów mniej odzieży na sobie. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, że tak samo było rok temu. Pierwsze zetknięcie ze zmianą było szokujące, ale po tygodniu lub dwóch wszystko wróciło do normy. To nie tak, że nie doceniam. Nie chodzi o to, że nie chcę, żeby wiosna przyszła. Chodzi wyłącznie o to, że moje ciało i mój układ nerwowy potrzebują trochę czasu, żeby się do tych zmian przyzwyczaić.

Wierzę, że dokładnie tak samo to wygląda w przypadku innych sytuacji, kiedy przechodzimy z jednej sytuacji do drugiej, która jest tak bardzo odmienna. Nawet gdy ta pierwsza nam już dawno nie służy, nie odżywia nas, a wręcz ogranicza lub krzywdzi, przejście do nowego nie zawsze jest przez nas witane z otwartymi ramionami. Niekoniecznie dlatego, że tego nie chcemy. Nie dlatego, że tego nie potrzebujemy. Nie zawsze będzie to wyszukany autosabotaż. Czasem po prostu potrzebujemy czasu, żeby przyzwyczaić się do nowego – nawet jeżeli to nowe, to najlepsze, co mogło nas spotkać.
Dlatego na razie z troską przysłonię okno, skorzystam z wyciszających słuchawek, a spacer skrócę, ale wiem, że to tylko na chwilę. Wiem, że to nie będzie oznaką tego, że nie doceniam. To nie przejaw hipokryzji, bo nie chodzi o narzekanie na każdą kolejną porę roku. To troska o siebie, słuchanie swojego ciała i akceptacja, że wszystko ma swoje tempo i nie jesteśmy nikomu winni zachwytów.