O wstydzie, czyli czy warto być strusiem?

Na początku tego tygodnia brałam udział w warsztacie w Niemczech, który był dla mnie niesamowitą okazją do poznania nowych ludzi, zebrania inspiracji do badań i… zmierzenia się ze wstydem. Przyszedł znienacka i zaatakował ze zdwojoną siłą – jak to wstyd lubi najbardziej.

Warsztat odbywał się w małym gronie, więc spędziliśmy razem praktycznie całe dwa dni – biorąc udział w formalnych dyskusjach oraz tych przy kawie i kolacji. Czułam się dość swobodnie i byłam z siebie dumna, że aktywnie włączam się do rozmów, co nie zawsze jest dla mnie łatwe, gdy jest więcej osób. Drugiego dnia przyszedł czas na moją prezentację, z której byłam całkiem zadowolona – do momentu, kiedy zaczęły się pytania i komentarze. Do tej pory wszystkie reakcje na wystąpienia były przytłaczająco pozytywne, a tu nagle ja zaczęłam być dopytywana o pojęcia, których użyłam – dlaczego jedne się nie pojawiły, a dlaczego inne właśnie tak, chociaż „nikt już ich nie używa”. W świecie akademickim krytyka nie jest niczym rzadkim; mamy wręcz wewnętrzny żart z „recenzenta 2”, czyli anonimowej wyroczni oceniającej Twój tekst lub wniosek grantowy, której głównym celem jest udowodnienie, że masz zdolności intelektualne na poziomie edukacji wczesnoszkolnej. Tutaj jednak wzięła mnie z zaskoczenia, patrząc na feedback dla moich przedmówców.

Z pracą naukową jest trochę jak z pracą artystyczną – trudno jest oddzielić nasze „wytwory” od nas samych. Puszka Pandory została otwarta i wysypały się z niej wszelkie lęki i przekonania, jakie umysł był w stanie mi podsunąć: że za mało czytam, że nie znam się na tej tematyce, że mam za słaby angielski, by móc przekazać to, co bym chciała. Spirala wstydu napędzała się sama. Każdy z nas zna to kłujące uczucie, które zachęca do tego, żeby uciec i schować się jak najdalej. Już nigdy nie wystawić się na ocenę.

Poczucie winy jest nam potrzebne z punktu widzenia funkcjonowania społeczeństwa. Potrzebujemy mechanizmu podpowiadającego, co jest akceptowalne, a co nie. Co pozwoli nam zbudować zdrowe, wspierające relacje, a co będzie sprawiało innym ból lub problemy. Wstyd to jednak to uczucie, kiedy popełniony błąd łączymy z naszą osobowością i kiedy czyny zlewają się w całość z tym, jak postrzegamy siebie jako ludzi. Wstyd może też być narzędziem opresji – jeżeli byliście wychowani w katolicyzmie, to wiecie, o czym mówię.

20260714 140314

Najgorsze, co można w takiej sytuacji zrobić, to uciec i próbować zagłuszyć to uczucie łatwą dopaminą. Oddać pole walki. Chociaż nie jest to łatwe — a wiem, co mówię — to każda taka okazja jest dla nas szansą, żeby przyjrzeć się temu, z czego tak naprawdę wynika to poczucie wstydu. Co sprawia, że taka krytyka, chociaż mogłaby po mnie spłynąć, krąży mi od kilku dni w głowie? Czemu opinia akurat tej osoby mnie zabolała? Który dokładnie fragment zapiekł najmocniej? Warto też spróbować przyjrzeć się temu z punktu widzenia poczucia winy – załóżmy więc, że faktycznie popełniłam wszystkie zarzucone mi błędy. Pierwsze pytanie – czy mogłam tego uniknąć? Przecież przygotowałam się zgodnie z podanymi przez organizatorów wytycznymi, włożyłam w to czas i zaangażowanie, nie robiłam prezentacji na kolanie, jadąc już autobusem na miejsce. Wiedziałam, co chcę powiedzieć i jak to przedstawić. Drugie pytanie – czy mogę spróbować uniknąć tego błędu w przyszłości? I tu pojawia się kolejna pułapka, bo moją pierwszą reakcją było „Wrócę do domu i przeczytam wszystkie dostępne teksty” (perfekcjoniści świata – łączcie się!). Do zrobienia? Pewnie, ale kolejnego wpisu na tej stronie już byście nie uświadczyli.

Zaatakowałam więc wstyd z jeszcze innych stron: po pierwsze, skonfrontowałam go z innym punktem widzenia, pytając przy kawie organizatorkę wydarzenia, co sądzi o mojej prezentacji (zaskoczę Was — podobała jej się), a po drugie, jestem dalej na etapie oswajania myśli, że nawet zakładając popełnienie przez mnie wszystkich tych błędów — czy to ostatecznie oznacza, że jestem do niczego? Czy na pewno wnioski podpowiadane mi przez umysł były słuszne, czy jednak wynikały z niskiej samooceny, narodowych kompleksów, ale też zwykłego zmęczenia, przebodźcowania i neuroatypowego RSD (rejection sensitivity dysphoria). Pewnie odpowiedź jest gdzieś pośrodku. Wstyd ma więc ogromny potencjał samorozwojowy, bo zmusza nas do postawienia sobie wielu kluczowych pytań. Nawet jeżeli szukanie odpowiedzi na nie jest skrajnie niekomfortowe, to pamiętaj, że zostając przysłowiowym strusiem chowającym głowę w piasek, tyłek i tak zostawiasz widoczny. Efekt jest taki, że to Ty nie widzisz otaczającego Cię świata, a ludzie tak czy inaczej formułują opinie na Twój temat. Czy próbował_abyś jednak podskoczyć strusiowi idącemu dumnie w Twoją stronę? Ja też nie.

Przewijanie do góry