Pojedynek na „magię”

Południowokoreański show business nie jest dla mnie niczym nowym, zajmuję się nim w pracy naukowej, dlatego zupełnie nie zszokował mnie program Pojedynek Wróżbitów, który od początku tego roku można oglądać na Disney+. Było jednak kilka momentów dających do myślenia i nie żałuję czasu poświęconego na zapoznanie się z tym formatem.

Reality show (teleturniej?) polega na starciu 49 szamanów_ek (kor. mudang), tarocistek_ów, ekspertów_ek od saju oraz wielu innych profesji związanych z „przepowiadaniem przyszłości”. W kilku rundach mieli oni za zadanie udowodnić skuteczność swoich umiejętności, co pozwoliło wyłonić zwycięzcę całego programu. Sam fakt, że taki program powstał mnie nie zdziwił – w końcu jesteśmy już po dwóch sezonach Possessed Love, czyli programu randkowego, gdzie uczestnicy, również będący szeroko rozumianymi „fortune tellers”, muszą znaleźć miłość. Korea Południowa uwielbia reality shows polegające na rywalizacji, od jakiegoś czasu obserwujemy powrót zainteresowania duchowością, tak że powstanie Pojedynku Wróżbitów było tylko kwestią czasu. Mimo wszystko oglądałam program z zaciekawieniem, przyglądając się kwestiom kulturowym, społecznym, ale też tym związanym z samą pracą z energią.

img 5739

Warto najpierw zarysować kontekst. Szamanizm koreański (kor. musok) jest bardzo mocno związany z kulturą, ale przez setki lat był marginalizowany, a jego wyznawcy prześladowani (szczególnie w trakcie okupacji japońskiej). Do dzisiaj w Korei Północnej szamanizm jest zakazany. Dopiero od lat 70. XX wieku obserwujemy przywracanie szamanizmu do łask, a wręcz uznanie go za jeden z filarów kultury niematerialnej. Nie jest to jednak powszechnie akceptowane podejście. Szamanizm dalej postrzegany jest jako zabobon – szczególnie przez Katolików i Protestantów. Nie zabrakło też pogarszających PR szamanizmu kontrowersji, z czego najbardziej znaną na świecie jest zapewne ta związana z byłą prezydentką Park Geunhye. Jej przyjaciółka, Choi Soonsil, okrzyknięta mianem koreańskiego Rasputina, miała wpływać na decyzję Park, wykorzystując rzekome praktyki duchowe. Chociaż prawdziwi szamani podkreślali, że działalność Choi nie miała wiele wspólnego z byciem mudang, to w opinii publicznej było to wystarczająco nośne hasło, żeby zrównać szamanizm z manipulacją. W programie zobaczymy również mistrzynie tarota (tego „zachodniemu” widzowi tłumaczyć nie trzeba), ale także ekspertów_ki od osadzonego w chińskiej filozofii i opartego na kalendarzu księżycowym systemu saju, czy osoby czytające twarze lub stopy.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tym programie pojawiła się we mnie wątpliwość dotycząca brania udziału w produkcjach, gdzie jasnym jest, że uczestnicy chcą zdobyć pieniądze i sławę. Nie do końca rozumiałam, jak można pracować przykładowo z duchami przodków z intencją wygrania programu telewizyjnego. Wydawało mi się to wręcz obraźliwe. I chociaż trudno stwierdzić, czy uczestnikom na kwestiach materialnych zupełnie nie zależało, to do dzisiaj pamiętam scenę, w której jedna z szamanek jasno mówi, że chociaż nie takie było zadanie (chodziło o wskazanie jednej dolegliwości osoby, która stanęła przed nimi, nie mając żadnych dodatkowych informacji), to ona w zgodzie z sobą musi wymienić wszystko, co widzi, żeby móc temu człowiekowi pomóc. Tym samym przegrała zadanie. Odniosła się do etosu pracy szamańskiej i podkreśliła, że dolegliwości fizyczne nigdy nie są wyrwanymi z kontekstu problemami, a częścią większej całości, na którą również trzeba spojrzeć. Po tych słowach otrzymała głośny aplauz od współuczestników. Zarówno ta scena, jak i wypowiedzi uczestników w innych momentach, udowodniły mi, że jednym z wiodących powodów zgłoszenia się do programu była chęć pokazania światu, czym się zajmują i jak wielką ma to moc oraz jak bardzo jest potrzebne. W interakcjach między uczestnikami widać było duże wsparcie. Pomimo toczącej się między nimi rywalizacji uczestnicy doceniali kunszt oraz doświadczenie innych, sami wyrażali chęć skorzystania z usług swoich „przeciwników”, a to, co bardzo wybrzmiewało, to wspólnota doświadczeń – szczególnie tych trudnych.

To, co dla mnie było także ważną obserwacją, to fakt, że do podobnych efektów można dojść bardzo różnymi ścieżkami. Już przy oglądaniu Possessed Love miałam dużo przemyśleń dotyczących tego, dlaczego akurat w Korei jest tak wielu szamanów (oczywiście nie tylko w Korei, ale naturalnie porównywałam sobie Polskę). Było to dla mnie potwierdzeniem, że w dużej mierze z energią pracujemy tak, żebyśmy w ogóle mogli naszym ludzkim rozumem ogarnąć, co się dzieje. Korea jest  kulturowo zanurzona w konfucjanizmie, a co za tym idzie, również w kulcie przodków, co sprawia, że dużo łatwiej będzie Koreańczykom pracować z energią „dziadków” i „babć”. Dostajemy informacje w taki sposób, żeby jak najlepiej je zrozumieć i interpretować – nie ma tu jakiejś jednej prawdy i jedynego słusznego sposobu. Osoby pracujące z kartami tarota czy z czytaniem twarzy otrzymywały bardzo podobne informacje, co pokazuje, że generalnie nie ma lepszego lub gorszego sposobu na pracę z energią – z małą gwiazdką.

img 5731

Z góry przepraszam za spojler – do finału doszli sami szamani i myślę, że mimo wszystko jest jedna rzecz, która sprawia, że dostęp do energii może być większy, a jest to tradycja i praktyka. Powołanie do tej ścieżki najczęściej otrzymują osoby, które mają w najbliższej rodzinie innych szamanów. Udokumentowana historia musok sięga XII wieku, czyli okresu jeszcze przed zjednoczeniem Korei. Chociaż, jak już pisałam, szamanizm nie cieszył się zbyt dobrą sławą, to jednak historie, tradycje i rytuały są od wieków przekazywane z pokolenia na pokolenie. Fakt, że Korea leży na półwyspie, sprzyjał zachowaniu tych tradycji na jednym terytorium nawet pomimo burzliwej historii regionu. W Polsce tradycje związane z duchowością i magią zostały oderwane od ziem, z których pochodzą. Wpływało na to wiele czynników od rozproszenia plemiennego, przez rolę migracji, chrześcijaństwa, ustne przekazy dawnych Słowian (zamiast pisemnych) aż po gloryfikowanie obcych kultur i wierzeń. Efekt jest jednak taki, że większość z nas nie ma kontaktu z rodzimymi praktykami czy tradycjami (przynajmniej nie w sposób świadomy, bo sporo powiedzeń, przekonań i przesądów dalej powtarzamy). Wydaje się, że jest dużo prawdy w tym, że jeżeli wystarczająco dużo osób wierzy w to samo i praktykuje w podobny sposób, to sam ten rytuał zyskuje większą moc (stąd zaskakująca skuteczność trendów w mediach społecznościowych, np. tańczących krów na TikToku, które należy wrzucić pierwszego dnia miesiąca, żeby zapewnić sobie pomyślność). Jakie czasy, takie rytuały.

Kolejna rzecz, która nie była zaskoczeniem, ale dobitnie wybrzmiała w Pojedynku Wróżbitów, to brak wsparcia zdrowia psychicznego w Korei Południowej. Zarówno jury, sami uczestnicy, jak i osoby, które pojawiały się w poszczególnych zadaniach, podkreślały, jak bardzo brakuje im możliwości „wygadania się”, bycia wysłuchanym, usłyszenia jakiejś rady czy po prostu świadomego dotknięcia jakiegoś tematu. Niejednokrotnie miałam wrażenie, że wyzwania, z którymi przychodzili, powinny być zaopiekowane podczas terapii, w sposób procesowy, a nie podczas jednorazowego spotkania z szamanem_ką czy ekspertem_ką od saju w telewizji (albo przynajmniej i tak i tak). Ostatecznie klient wraca później do domu i zostaje z tym wszystkim sam_a. Korea Południowa od lat jest w czołówce państw z najwyższym odsetkiem samobójstw. Przy tak opłakanym stanie opieki psychologicznej i ciągłej stygmatyzacji korzystania z niej nie dziwi popularność „fortune tellers”.

Ostatnią obserwacją, która została też wprost wyrażona przez uczestników w ostatnim odcinku, jest potwierdzenie, że los można zmienić. Chociaż jest to coś, w co sama wierzę i widzę w swojej pracy podczas sesji, to jednak oczywiście nie mamy tu żadnych badań, które mogłyby to potwierdzić, dlatego spostrzeżenia innych w tym zakresie są tak ciekawe. Niemal wszyscy uczestnicy zgodzili się z tym, że są sytuacje, które mamy zapisane, ale to, jak na nie zareagujemy, zależy wyłącznie od nas, dzięki czemu otwierają się przed nami tysiące scenariuszy i ścieżek.

Przewijanie do góry